Bohdan, trzymaj się!

(fragmenty)

 

Ja nie jestem Philippe Clay,
ja nie jestem Doris Day,
ja nie jestem także Frank Sinatra.
Nie gram nigdy głównych ról,
nie mam krewnych w Liverpool,
za granicą bywam w czeskich Tatrach.

[…]

Żona krzyczy: Boguś, wstań!
Ależ z ciebie, Boguś, drań,
rusz się, Bohdan, w sklepie są cytryny!

[…]

Więc kupiłem bukiet róż,
chcę do żony wracać już,
nagle widzę: w sklepie są cytryny.
Pół godziny człowiek stał,
obok ona, Bóg tak chciał,
ja nie widzę w tym niczyjej winy.
Miała lat dwadzieścia dwa,
w oczach zawirował świat,

[…]

W każdy wieczór Hotel Grand,
panie kelner: chateaubriand,
łosoś, melba, dwa martelle.
[…]

Boguś tyś mnie nieco rozczarował.
Nie masz krewnych w Liverpool,
nie grasz nigdy głównych ról
i nie taki z ciebie Casanova.
Cóż, nie jesteś Philip Clay […]

 

W tej rzekomo autobiograficznej piosence Bohdan Łazuka odwołuje się do kilkorga popularnych w latach 60. XX wieku piosenkarzy, wymienia nazwy różnych wykwintnych kulinariów i przywołuje dwie nazwy geograficzne, a także zdradza pewien szczegół z ówczesnego życia codziennego. Nie wszystkie te odwołania i przywołania są dzisiaj jasne. Bo chociaż z pewnością do dziś znane jest nazwisko Franka Sinatry, jednego z najpopularniejszych amerykańskich piosenkarzy połowy XX wieku, a prawdopodobnie też mówi coś dzisiejszym słuchaczom nazwisko Doris Day, bardzo popularnej wówczas piosenkarki amerykańskiej (notabene żyjącej niemal 100 lat), to już mało kto kojarzy Philippe’a Claya. Był to francuski piosenkarz i aktor, w latach 60. dość znany, a dziś już kompletnie zapomniany.

Wykwintne potrawy podawane w hotelowej restauracji, a wymienione w piosence, są wprawdzie serwowane i dziś, ale takie nazwy jak chateaubriand (gruby befsztyk z najlepszej polędwicy) czy melba (deser z lodów waniliowych, brzoskwiń i przecieru truskawkowego) mogą nie być znane. No, powiedzmy, że martell należy do nazw wciąż używanych, bo ten rodzaj luksusowego francuskiego trunku jest nadal dość popularny.

Zakładamy, że wymienione w tekście nazwisko słynnego włoskiego uwodziciela – Casanovy do dziś się jednoznacznie kojarzy.

W tej piosence są jeszcze dwie ciekawostki. Jedna – językowa. Mianowicie (chyba dla rymu) nie jest odmieniona nazwa miasta Liverpool („Nie mam krewnych w Liverpool”), która przecież zwykle jest odmieniana: Beatlesi pochodzili z Liverpoolu, mieszkali w Liverpoolu, a nie „w Liverpool”. Druga ciekawostka to – zauważona już dawno –  nieścisłość (mówiąc delikatnie) geograficzna: „Za granicą bywam w czeskich Tatrach”. Jak wiadomo, takich gór nie ma. Tatry są polskie i słowackie. Czeskie mogą być Sudety. Ta licentia poetica autora tekstu, bardzo się nie podoba naszym sąsiadom z Bratysławy…

Wreszcie i rys obyczajowy: „Rusz, się Bohdan, w sklepie są cytryny”. Dzisiejszy słuchacz zdziwiłby się, że ktoś podkreśla taki fakt: a cóż w tym nadzwyczajnego, że w sklepie są cytryny? No, tak, ale w latach 60. cytryny, jak wiele innych owoców egzotycznych, to była rzadkość, a dostanie ich po zaledwie (!) półgodzinnym staniu („pół godziny człowiek stał”) było sukcesem.

Tak to piosenki zdradzają czas, w którym powstały.

PS. Darujmy już sobie jeszcze jedną „niegramatyczność” w tekście: „Miała lat dwadzieścia dwa”. Bo choć naprawdę to miała dwadzieścia dwa lata, widać rzeczywiście świat bohaterowi zawirował nie tylko w oczach, ale i w głowie, i potknął się na składni liczebników…