1. Ludwik Sempoliński – Warszawa 1900

Moje uszanowanie państwu!
Przychodzę z wielkomiejskiego gwaru;
przychodzę zbulwersowany wprost tym,
co moje oczy widziały.
Warszawa…
Niby ta sama, a inna: ulice inne, światła inne…
Tylko dorożki takie same;
nawet – powiedziałbym – po prostu te same.
[…]

Dziwne miasto:
może piękniejszym błyszczy blaskiem,
ale jednak nie takie jak za moich lat.

Ach, jak inny, jak inny był świat
i niewinny był człowiek jak kwiat.
Inne były nadzieje i sny,
inny maj, inne bzy.

Bez karminu był inny smak ust,
gdy nosiło się biodra i biust,
śród falbanek, koronek i wstęg –
uwił gniazdko swe czar i wdzięk.

[…]

Partia winta, potem do niej,
wieczór razem w iluzjonie,
szept twych wyznań w ciemność biegł…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…

Miłość…
[…]
Przecież za moich czasów…

Tuż przy sobie dwa serca, aż wstyd,
spójrzmy na nich przez szparkę – i cyt:
na tę chwilę on czekał od lat,
dzielił ich rąbek szat.

Sukieneczka, bluzeczka – to cóż?
Dwie haleczki, wstążeczka – i już!

Jeszcze tylko staniczek, szaliczek,
podwiązeczki, majteczki,
buciczki, spódniczki,
trzy broszki, pończoszki,
mitynki, fiszbinki,
koronki, obsłonki,
sznurówka i bufka,
żakiecik, gorsecik,
znów haleczka, wstążeczka…

Żar bije z jej lic:
jeszcze haftki trzy – więcej nic!

Posuwiście, jak w takt walca,
zbliżył cicho się na palcach.
Śród batystu, jak śród mgły,
ja przy tobie, przy mnie ty.

Jeszcze całus nas zespoli,
tylko warkocz złóż na stolik,
już rumieniec twarz jej spiekł…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…

[…]

Dzień za moich czasów –
za czasów Manowskiej, Kaweckiej, Messalki,
szampańska to była kobietka – był inny.
Zimą – wieczorynki, wenty, bale;
latem – do wód lub na letnie wywczasy
do Żoliborza, do Mokotowa. A wiosną:

Już śród nieba słoneczny lśni czar,
czas zdjąć bindę, ulicy brzmi gwar.
Na bicyklu w Aleje się mknie –
ach, ten pęd serce rwie!

A gdy księżyc do snu da już znak,
mknę na wentę en frac i en claque.
W gronie zwiewnych panienek i pań
wabi lansjer lub pas d’Espagne.

Albo w rzewnym takcie walca,
posuwiście i na palcach,
kibić wiotka w ręku drży,
jedwabiście wąsik lśni.

Tour de main, więc obrót w prawo,
balancé, à genoux i brawo.
W takim walcu prześnić wiek…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…
[…]

  1. Ludwik Sempoliński – Warszawa 1900

Moje uszanowanie państwu!
Przychodzę z wielkomiejskiego gwaru;
przychodzę zbulwersowany wprost tym,
co moje oczy widziały.
Warszawa…
Niby ta sama, a inna: ulice inne, światła inne…
Tylko dorożki takie same;
nawet – powiedziałbym – po prostu te same.
[…]

Dziwne miasto:
może piękniejszym błyszczy blaskiem,
ale jednak nie takie jak za moich lat.

Ach, jak inny, jak inny był świat
i niewinny był człowiek jak kwiat.
Inne były nadzieje i sny,
inny maj, inne bzy.

Bez karminu był inny smak ust,
gdy nosiło się biodra i biust,
śród falbanek, koronek i wstęg –
uwił gniazdko swe czar i wdzięk.

[…]

Partia winta, potem do niej,
wieczór razem w iluzjonie,
szept twych wyznań w ciemność biegł…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…

Miłość…
[…]
Przecież za moich czasów…

Tuż przy sobie dwa serca, aż wstyd,
spójrzmy na nich przez szparkę – i cyt:
na tę chwilę on czekał od lat,
dzielił ich rąbek szat.

Sukieneczka, bluzeczka – to cóż?
Dwie haleczki, wstążeczka – i już!

Jeszcze tylko staniczek, szaliczek,
podwiązeczki, majteczki,
buciczki, spódniczki,
trzy broszki, pończoszki,
mitynki, fiszbinki,
koronki, obsłonki,
sznurówka i bufka,
żakiecik, gorsecik,
znów haleczka, wstążeczka…

Żar bije z jej lic:
jeszcze haftki trzy – więcej nic!

Posuwiście, jak w takt walca,
zbliżył cicho się na palcach.
Śród batystu, jak śród mgły,
ja przy tobie, przy mnie ty.

Jeszcze całus nas zespoli,
tylko warkocz złóż na stolik,
już rumieniec twarz jej spiekł…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…

[…]

Dzień za moich czasów –
za czasów Manowskiej, Kaweckiej, Messalki,
szampańska to była kobietka – był inny.
Zimą – wieczorynki, wenty, bale;
latem – do wód lub na letnie wywczasy
do Żoliborza, do Mokotowa. A wiosną:

Już śród nieba słoneczny lśni czar,
czas zdjąć bindę, ulicy brzmi gwar.
Na bicyklu w Aleje się mknie –
ach, ten pęd serce rwie!

A gdy księżyc do snu da już znak,
mknę na wentę en frac i en claque.
W gronie zwiewnych panienek i pań
wabi lansjer lub pas d’Espagne.

Albo w rzewnym takcie walca,
posuwiście i na palcach,
kibić wiotka w ręku drży,
jedwabiście wąsik lśni.

Tour de main, więc obrót w prawo,
balancé, à genoux i brawo.
W takim walcu prześnić wiek…
Ach, gdzie te czasy – fin de siècle…
[…]

W trzech wpisach zajmowałem się piosenkami o wspomnieniach z lat minionych – tych sześćdziesiątych i tych przedwojennych – i znajdowałem w nich słowa i sformułowania już dziś nieużywane i raczej nieznane młodszemu pokoleniu. A tutaj mamy piosenkę, może nie tak znaną i rzadko wykonywaną, o nostalgii za czasami jeszcze dawniejszymi – za epoką fin de siècle, czyli końca wieku. W tym wypadku chodzi o koniec wieku XIX, który z rozrzewnieniem (ale i szczyptą ironii i z przymrużeniem oka) wspomina pewien dżentelmen, wówczas młody. To wspomnienie zostało zapisane też już dawno temu – w okresie międzywojennym; tekst do jednego z kabaretów napisał wtedy autor podpisujący się pseudonimem Jerzy Roland (Jerzy Konopka, żyjący w latach 1902 – 1940). Ale my znamy ten utwór z wykonania powojennego  – Ludwika Sempolińskiego, aktora charakterystycznego, często występującego w rolach dżentelmenów z poprzednich epok. Ponieważ piosenka odwołuje się do lat 90. XIX wieku, nic dziwnego, że jest w niej sporo słów i zwrotów z tamtej epoki, dziś niezrozumiałych. Piosenka jest dość długa, więc wyjąłem z niej tylko te fragmenty, które zawierają słowa dziś nieużywane i chyba nieznane, i zostawiłem charakterystyczny wstęp dla uchwycenia nastroju całości.

Uderza w tekście spora liczba słów i wyrażeń z języka francuskiego. Oprócz powtarzanego wyrażenia fin de siècle mamy tu określenia związane z zabawami tanecznymi. A więc pan idzie na imprezę en frac i en claque,  gdzie go wabi lansjer lub pas d’Espagne, a w trakcie walca trzeba było zrobić  tour de main, balancé à genoux. Uff… Czyli był ubrany we frak (tego się można domyślić), na głowie miał szapoklak (taki cylinder, co jak się lekko w niego stuknęło, to częściowo się składał i stawał się płaski). Wabiły go tańce: lansjer (odmiana kadryla, popularny wtedy taniec francuski) i pas d’Espagne (spolszczony jako padespan; popularny wówczas taniec figurowy; dosłownie ‘krok hiszpański’). A kiedy już zatańczył walca, to musiał wykonywać figury: (mówiąc w uproszczeniu) obrót ciała i ruch z miarowym kołysaniem kolan. No wiadomo, francuski był wtedy językiem światowym, „francuski znało się z domu”, i nie dziwią nie tylko cytaty z niego, ale i liczne zapożyczenia wyrazów. W piosence mamy między innymi używane do dziś rzeczowniki związane z ubiorem, mające źródło w tym języku: falbanka, bluzeczka, broszka,  bufka, żakiecik, gorsecik, batyst, a także takie, które wyszły już z użycia: karmin (tu: szminka koloru czerwonego), iluzjon (sala kinowa), mitynki/mitenki (rękawiczki bez palców), wenta (tu: zabawa z dochodem przeznaczonym na cele dobroczynne), bicykl (rower z dużym przednim kołem i małym tylnym). Tajemniczo brzmi binda, którą czas zdjąć przed przejażdżką bicyklem; była to opaska na wąsy, zakładana (głównie na noc), żeby się one ładnie układały, a posmarowane jakąś pomadą lub czernidłem nie brudziły pościeli.

Ciekawostką jest to, że w końcu XIX wieku jeździło się do Żoliborza i do Mokotowa, a więc  poza właściwą Warszawę. Istotnie obie te dzisiejsze dzielnice zostały częścią Warszawy dopiero w roku 1916.  Dziś jeździ się oczywiście na Żoliborz, na Mokotów, gdyż tak się mówi wtedy, gdy ma się na myśli dzielnice miasta, a nie odrębne miasteczka czy osady

[Ciekawostka: jeszcze do niedawna mówiło się, że jeździ się do Wilanowa, do Wawra, do Ursusa; dziś coraz częściej młodzi ludzie jeżdżą na Wilanów, na Wawer, na Ursus, bo to już dzielnice Warszawy, a nie osiedla podmiejskie].

A Aleje, wspomniane w tekście jako teren jazdy rowerem, to zapewne Aleje Ujazdowskie. W piosence słyszymy też, że jeździło się do wód, czyli do uzdrowisk, kurortów na leczenie (zwykle przez picie wód mineralnych albo kąpiele w nich) albo na wywczasy (zamiast na dzisiejsze wczasy, o czym już pisałem).

No i wreszcie postacie kobiece, przywoływane z sentymentem przez starego dżentelmena. To  śpiewaczki operetkowe Wanda Manowska (1855 – 1930), Wiktoria Kawecka (1975 -1929) i  Lucyna Messal, zwana Messalką (1886 -1953), które kariery rozpoczynały właśnie w tamtym okresie (właściwie to kariera Messalki rozpoczęła się na początku wieku XX, ale przyjmijmy, że kulturowo fin de siècle przeciągnął się aż do pierwszej wojny światowej), i były niezwykle popularne.

Tak więc aż tyle objaśnień wymaga tekst piosenki o epoce końca XIX wieku. Ale to nic dziwnego: od tamtego minęło ponad 120 lat. I mamy już za sobą następny fin de siècle; zapewne niedługo  o końcu wieku dwudziestego też będzie się śpiewać z sentymentem i nostalgią. Zapowiadały to już piosenki Skaldów („Szanujmy wspomnienia […], gdy zbliży się nasz fin de siècle”) czy Jana Pietrzaka („Za trzydzieści parę lat”); na razie z sentymentem wspomina się – o czym pisałem w paru felietonach – lata przedwojenne i sześćdziesiąte.