Statek do Młocin
Słoneczny żar się z nieba leje,
Warszawa cała już od rana pustoszeje,
Do ciężkich pięt się asfalt lepi
I nawet lodziarz nie ma siły cię zaczepić.
Narzeka cieć: “och dolo mojaż”,
A ja z kolegą biorę wędkę i sakwojaż,
I gnam przez miasta pył i kurz,
Tam, gdzie przy moście czeka już …
Statek do Młocin, statek do Młocin,
Dokoła Wisła w słońcu srebrzy się i złoci,
A ty, za poręcz, bracie, łap
I pchaj z innymi się przez trap.
Wpierw dwie panienki i szkrab z kokardą
I grubas, który ciągle jaja je na twardo,
I komuś w przejściu uwiązł teść,
Lecz się przepchało go i cześć.
[…]
Statek do Młocin, statek do Młocin,
To jest atrakcja, jakich mało moi złoci.
Już dwie panienki z buzią w ciup,
Opalać poszły się na dziób.
A ja z kolesiem, dwa wilki rzeczne,
Panienkom tym spojrzenia ślemy niebezpieczne,
A jak za burtę wypadł teść,
Się wyłowiło go i cześć.
Zapada zmierzch, a ja z kolegą
Wiem, że panienki dwie pracują u Bliklego,
I myślę już całując rączki,
Że przy okazji trzeba będzie wpaść na pączki.
[…]
Panowie, panie, to nie są kpiny
Na letnie dni po prostu nie ma jak Młociny
To dla mnie życia urok, treść
I tylko teścia trzeba nieść.
[…]
No właśnie: statek DO Młocin…A nie Na Młociny? Przecież dziś jeździmy NA Młociny, tak jak NA Bielany czy NA Białołękę. DO sugeruje, że Młociny nie są dzielnicą Warszawy, lecz osadą, wioską poza Warszawą. Jeździmy DO Zegrza, Do Legionowa, ale czy DO Młocin? Wojciech Młynarski wykorzystał tu wiedzę z historii rozwoju stolicy. Otóż do roku 1951 Młociny były osadą podwarszawską. A ponieważ wycieczki statkiem po Wiśle do tego miejsca odbywały się przed wojną i niedługo po niej, więc niewątpliwie płynęło się wówczas statkiem DO Młocin. Gdyby Młynarski użył składni z przyimkiem NA, rozminąłby się z rzeczywistością. Czyli w tekście piosenki nie ma żadnej nieścisłości. Możemy więc przypuszczać, że wypadki w niej opisane rozgrywają się przed rokiem 1951, a może nawet przed wojną. Wszak firma Blikle, o której się wspomina, istniała od drugiej połowy XIX wieku, a sformułowanie panienki dwie pracują u Bliklego może sugerować, że chodzi tu o czasy przedwojenne, bo słowo panienka nie miało wówczas zabarwienia negatywnego, które ma dzisiaj; dziś raczej by się powiedziało: dziewczęta. No, to jedna kwestia już wyjaśniona.
Pozostaje do objaśnienia kilka wyrazów i zwrotów, dziś już może mało używanych. Wspomniane panienki siedzą z buzią w ciup. Co to znaczy? Otóż określenie to jest częścią powiedzenia ręce w małdrzyk, a buzia w ciup, którą tak opisuje Władysław Kopaliński w zbiorze „Słownik mitów i tradycji kultury” (Warszawa 1988, s. 643):
„(Złożyć) ręce w małdrzyk, a buzię w ciup (złożyć) dłonie na krzyż wewnętrznymi powierzchniami wzajem do siebie (przybierają one wtedy razem kształt pieroga, małdrzyka), a wargi stulić tak, aby się z nich nie wyrwało żadne niepotrzebne słowo – dawniej idealna pozycja skromnej i dobre wychowanej panny przy gościach”.
Ale na statku są jeszcze inni podróżni, między innymi szkrab z kokardą. Chyba jeszcze wiadomo, że szkrab to pieszczotliwe określenie małego dziecka (tu zapewne dziewczynki, skoro z kokardą), ale może ciekawa będzie informacja, że to słowo, odnotowane w słownikach od pierwszej połowy XX wieku, jest powiązane, jak można się dowiedzieć z internetowego „Wielkiego słownika języka polskiego”, z czasownikami
„skrobać, dial. [dialektalne] : szkrobać; skrabać / szkrabać […] które nawiązują do dźwiękonaśladowczego psł. [prasłowiańskiego] *skrobati ‘drapać, zdrapywać, zeskrobywać’ : *skrebti ‘drapać, zdrapywać; szeleścić, chrobotać’. Pierwotnym znaczeniem byłoby więc ‘istota wykonująca niezgrabnie ruchy, którym towarzyszy odgłos skrobania, drapania, chrobotania’”.
No, ale dosyć już tej historii języka.
Trzeba jeszcze wyjaśnić, że przestarzały wyraz sakwojaż to zapożyczona z języka francuskiego (sac de voyage) nazwa torby podróżnej, zwykle podłużnej i dużej, z uchami przymocowanymi u góry, zapinanej na zatrzask albo zamek.
Warto też przypomnieć, że cieć to warszawska nazwa dozorcy czy też stróża, używana chyba do dziś jako słowo potoczne, podobnie jak koleś.
No i wreszcie żart autora tekstu: dwa wilki rzeczne. To oczywista modyfikacja, dostosowana do opisywanej sytuacji, wyrażenia wilk morski ‘stary, doświadczony marynarz’.
Chyba trzeba jeszcze wyjaśnić sprawę teścia, wspomnianego kilkakrotnie w piosence. Przy mniej uważnym słuchaniu może się wydawać, że jest to teść autora wypowiedzi, który jednocześnie podrywa panienki od Bliklego. Ale tak niej jest. Na początku opowiadania słyszymy bowiem: I komuś w przejściu uwiązł teść, Lecz się przepchało go i cześć. Komuś, czyli nie narratorowi. Moralność nie jest więc zagrożona…
Ta popularna „warszawska” piosenka, śpiewana przez Jaremę Stępowskiego, jest zatem ciekawa nie tylko ze względu na przypomnienie zwyczaju letniej żeglugi wypoczynkowej Warszawiaków do Młocin, lecz także z powodów językowych; wszak Wojciech Młynarski był z wykształcenia polonistą i świetnie wykorzystywał swoją polonistyczną wiedzę .
Leave a comment