Siedzieliśmy jak w kinie
na dachu przy kominie,
a może jeszcze wyżej
niż ten dach, dach, dach.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Znalazłam cię w rynsztoku,
bez szelek i widoków,
za włosy cię wywlokłam
spoza krat, krat, krat.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Kazałam cię wyczyścić,
posłałam do dentysty,
wsadziłam pół Cedetu
na twój grzbiet, grzbiet, grzbiet.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Włóczyłam cię po sklepach,
bo byłeś jak mazepa,
samego masz obuwia
z dziesięć par, par, par.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Prosiłam godzinami,
byś przestał jeść palcami,
mówiłam co spasiba,
co pardon, don, don.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Wbijałam w łeb,
jak dziecku,
po rusku, po niemiecku:
nie na to jest perfuma,
byś ją pił, pił, pił.
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Przytyłeś mi – ty łotrze,
bo miałeś według potrzeb,
czy dziś obywatela
na to stać?
A ty mnie precz wygnałeś
i tamtą pokochałeś,
to po całowałeś mnie
wtedy tak?

Ty jesteś kawał drania,
to nie do wytrzymania,
na diabła mi potrzebny
taki chłop, chłop, chłop?
Wystawię ci rachunek
za wikt i opierunek,
za każdy pocałunek –
zapłać!
Albo wróć.
Wróć.

Te wyznania i żale porzuconej dziewczyny zręcznie przedstawione w satyrycznej piosence Agnieszki Osieckiej sprzed przeszło sześćdziesięciu lat pełne są odniesień do realiów tamtej epoki – średniego PRL-u. I dlatego, jak sądzę, sporo sformułowań w niej zawartych jest niezrozumiałych dla młodszych słuchaczy.

Zacznijmy od kwestii ideologicznej. Według Karola Marksa w przyszłym ustroju szczęśliwości społecznej ma obowiązywać zasada „Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb”, czyli każdy ma pracować tyle, na ile go stać, na ile potrafi, a ma otrzymywać tyle dóbr materialnych, ile potrzebuje, a więc – należy rozumieć – wystarczająco dużo. No a ukochany z piosenki dzięki swojej opiekunce miał to zapewnione już teraz (miałeś według potrzeb), choć wątpliwe jest, czy innych ludzi, oczywiście po socjalistycznemu obywateli, obecnie na to stać. Tymczasem zakochana dziewczyna zapewniła chłopakowi wikt i opierunek, czyli codzienne utrzymanie. To bowiem oznaczało takie sformułowanie, używane przed laty. Wikt to wyżywienie (czy ktoś pamięta jeszcze eleganckie słowo wiktuały  ‘produkty spożywcze’?), opierunek to dosłownie ‘robienie komuś prania’, a w przenośni ‘utrzymywanie w czystości czyjejś garderoby’, a więc dbanie o kogoś.

Było to możliwe dlatego, że wyciągnięty z rynsztoka, a więc z sytuacji beznadziejnej moralnie i materialnie (bez widoków = bez widoków na przyszłość, czyli bez perspektyw, i bez szelek – pewnie były symbolem elegancji), a chyba i z więzienia (za włosy cię wywlokłam spoza krat), został wyleczony i obdarowany obuwiem i ubraniami z Cedetu. Cedet to było coś! Wspaniały funkcjonalny gmach w stylu powojennego modernizmu na rogu ulicy Kruczej i Alei Jerozolimskich mieścił największy w Warszawie dom towarowy (tak się wtedy mówiło na wielki, wielobranżowy sklep),w którym rzeczywiście można było co nieco dostać z ubrania i wyposażenia mieszkania. A Cedet to oczywiście skrótowiec utworzony z oficjalnej, niezbyt romantycznej nazwy: Centralny Dom Towarowy.

Uratowany w ten sposób osobnik nie był ani rozgarnięty, ani zbyt mądry. Był jak mazepa, czyli płaczliwy i skłonny do użalania się nad sobą. To właśnie znaczy potoczne wówczas, a dziś już chyba nieużywane słowo mazepa (zapożyczone z języka ukraińskiego). I nie należy kojarzyć go z nazwiskiem Mazepy,  hetmana Wojska Zaporoskiego i Ukrainy Lewobrzeżnej z XVII wieku, dlatego w tekście piosenki powinno to słowo być zapisane małą literą.

Uczyła tego płaczliwego kochanka, jak jeść, i musiała mu tłumaczyć, co znaczą podstawowe słowa w obcych językach,  a także po co jest (czy właściwie po co nie jest) perfuma. A użycie tej formy (zamiast ogólnie przyjętej: perfumy) też coś mówi o bohaterce zwierzeń, skądinąd sprawnie posługującej się stereotypowymi zwrotami propagandy reżimowej.

Czym więc nienazwany z imienia ukochany zasłużył sobie na taką opiekę i troskę? Tylko o jednej takiej  rzeczy wspomina z rozrzewnieniem dziewczyna, i to powtarza siedmiokrotnie – na zakończenie każdej wypominki…

A ten niewdzięcznik wygnał ją precz, czyli najdalej jak tylko można…

Ciekawostką jest to, że piosenka „Siedzieliśmy na dachu” jest przeróbką sowieckiej piosenki miejskiej, ponoć powstałej w Odessie, ale popularnej w Moskwie; inne źródła internetowe podają, że autorem  jest dysydencki pisarz i satyryk sowiecki Juz Aleszkowski (1929 – 2022, od 1979 na emigracji), „Sidieli my na krysze”. Tamta piosenka też mówi o miłości i zdradzie, ale zdradzonym jest mężczyzna, który wypomina ukochanej, że go oszukała. On ją znalazł w szmatach, bosą i przez rok doprowadzał do porządku, a ona mówiła, że go pokochała na wieki, więc dlaczego – żali się – zdradziła go i pokochała innego. Piosenka rosyjska zawiera mniej szczegółów niż polska (mowa w niej tylko o kupnie pantofli i płaszcza) i jest bardziej prostacka („przeżyliśmy niemało, trzy łóżka połamali, na czwartym podłapałem coś”);  nie kończy się prośbą o powrót dziewczyny, lecz o zwrot zabranej mu siły, potęgi (pantofle ma sobie zostawić).

Osiecka wypełniła treść polskimi realiami i nutką zwodniczej nadziei (zapłać albo wróć!) w prześmiewczym przecież w rezultacie tekście.

Takie to tajemnice kryje popularna piosenka wylansowana w roku 1963 w STS-ie , czyli Studenckim Teatrze Satyryków (śpiewała ją wtedy Zofia Merle).