Nie ma nic milszego, niech, kto chce mi wierzy,
Niż rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
Obrus świeży leży, starsi znad talerzy do młodzieży
Szczerze szczerzą się.

Wujek Leon z punktu ku kuzynkom czterem,
Z odpowiednim żartem zmierza, czy duserem,
Dziadzio je z orderem, kuzyn z profelerem,
Ciocia tartym serem

sypie w krąg.

Tak co dnia obiad trwa, wdzięków moc w sobie ma.

Obserwować można choćby z przyjemnością,
Jak się wujek Leon zawsze dławi ością.
Czyni to z godnością, rzeczy znajomością,
Wuj z natury powściągliwy jest.

A ciotunia w każde danie wciąż sypie ser, tarty ser, żółty ser,
Bo pasuje do wszystkiego tarty ser,
Czasami kuzyn co ma profeler,
Twierdzi, że to jest nie fair.

A dziadunio tak zabawnie gryźć umie wąs, prawy wąs, prawy wąs,
Bo przeszkadza mu w konsumpcji, prawy wąs.
Kuzynki mają przez to oczopląs,
Nie chcąc sosów tknąć ni miąs,

Bo jak się na dziadzia zapatrzą to … przepraszam.

Ciocia chciała kiedyś skonać na anewryzm,
Bo dziadziowi nagle order wpadł w ordewry
I na pół go przegryzł,

podśpiewując:”Every-

body love somebody – smaczne to!”

Tak to w atmosferze sielskiej i intymnej
Zwykł przebiegać zwykle obiad nasz rodzinny,
Wuj się dławił siny, kuzyn robił miny
I ciociny tarty ser mdlił nas.

Mdliłby tak do dziś dnia, gdyby nie sprawa ta…

Że raz dano zraz, czy bitki zdobne w nitki,
A do zrazu zrazu chrzan, a potem grzybki,
No i przez te grzybki, chłód rodzinnej kryptki,
Nazbyt szybki dał obiadkom kres.

Ta piosenka to jeden z wyśmienitych żartów Wojciecha Młynarskiego. Do muzyki menueta siedemnastowiecznego kompozytora włoskiego Luigiego Boccheriniego napisał żartobliwy tekst pełen wyrafinowanych rymów i idealnie wpasowujący się w melodię. Ażeby uwiarygodnić treść piosenki (wszak na obiad schodziła się rodzina niewątpliwie z wyższych sfer), wplótł do niej kilka wyrazów i zwrotów obcojęzycznych i zapożyczonych, a także parę słów o znaczeniu dziś może nie dla wszystkich jasnym lub w ciekawej formie gramatycznej.

Zacznijmy od wyrazów zapożyczonych. Jest tu kilka mniej znanych galicyzmów, czyli zapożyczeń z języka francuskiego. Ordewry to ‘przekąski, przystawki’ – wyraz zapożyczony z francuskiego hors d’œuvre, frazeologizmu o tym samym znaczeniu, dziś całkowicie wyparty przez angielskie (amerykańskie?) startery (oczywiście w tradycyjnych restauracjach w menu są wciąż jeszcze przystawki). W piosence ordewry są zestawione z orderami, wyłącznie ze względu na podobieństwo brzmienia.

Dusery, którymi wujek Leon obdarzał kuzynki, to nic innego jak komplementy  (z fr. douceurs ‘słodycze; słodkie słówka’

douceurs ‘słodycze, słodkie słówka’).  „Słownik wileński” z połowy XIX wieku notuje wyraz duser bez kwalifikatora i objaśnia  jako  „komplement, pochlebstwo, przymilenie się”. Dziś to słowo już chyba zapomniane, choć najnowsze słowniki kwalifikują je jako tylko przestarzałe.

Nie brakuje odniesień do angielszczyzny. Określenia, że coś jest nie fair, nie trzeba tłumaczyć. Everybody love somebody to tytuł i pierwsze słowa piosenki powstałej już w roku 1947, ale w Polsce popularnej zwłaszcza w latach 60. w wykonaniu Deana Martina (sam wymieniałem ją jako swoją ulubioną w szkolnym wywiadzie z roku 1966 😉).

Dość tajemniczo brzmi wyraz zapisany w piosence ( i to dwukrotnie) jako profeler. Otóż chodzi tu najprawdopodobniej o słowo propeller, zapożyczone z angielskiego, o podstawowym znaczeniu ‘element wprowadzający pojazd w ruch przez obrót; zwykle śmigło samolotu lub śruba napędowa łodzi, statku’. Jednakże w potocznej polszczyźnie mieć (w tyłku) propeller znaczy (a przynajmniej znaczyło w końcu lat 60. kiedy piosenka powstała) tyle, co ‘być nadmiernie ruchliwym, pobudliwym ruchowo, zachowywać się tak, jakby cię ktoś nakręcił’. I to chciał powiedzieć Młynarski, charakteryzując siedzącego przy obiedzie kuzyna.

Dobrym rymem do ordewry i do przegryzł okazał się rzeczownik anewryzm, na który mało co nie skonała ciocia. Anewryzm to dawna medyczna nazwa tętniaka, wywodząca się, jak sporo starych nazw medycznych, z greki (aneúrysma ‘rozszerzenie, otwarcie’), a więc cioci pod wpływem emocji mógł ten tętniak istotnie pęknąć…

Młynarski bawi się zestawieniem tożsamych dźwiękowo słów, np.: do zrazu zrazu chrzan; szczerze szczerzą się, a także rzadko spotykanymi formami wyrazów: Nie chcąc sosów tknąć ni miąs. Miąs to najzupełniej poprawna forma dopełniacza liczby mnogiej od mięso, ale istotnie rzadko używana, podobnie jak zdrobnienie kryptka od krypta.

Ciekawym zabiegiem są rymy wewnętrzne, na przykład w wersach:

Obrus świeży leży, starsi znad talerzy do młodzieży
Tak co dnia obiad trwa, wdzięków moc w sobie ma.

Czyni to z godnością, rzeczy znajomością,

Wuj się dławił siny, kuzyn robił miny, I ciociny tarty ser
Łatwo zauważyć, że wszystkie zabiegi, chwyty językowe są podporządkowane melodii menueta. I tak jak on zachwycają wdziękiem lekkiego rokoka.

Jak pisze poeta, obiad przebiegał zawsze w sielskiej atmosferze, czyli w atmosferze spokojnej, beztroskiej, a może nawet szczęśliwej, bo takie są synonimy tego wyrażenia [sielski pochodzi od sioło – dawnej, dziś poetyckiej nazwy osady wiejskiej, kojarzonej z życiem beztroskim – jak u Kochanowskiego „Wsi spokojna, wsi wesoła”]. Ta sielskość obiadów rodzinnych z opowieści Młynarskiego jest poniekąd wątpliwa, ale oddana fantastycznymi grami i chwytami słownymi, z których omówiłem tu tylko niektóre, przede wszystkim te, które mogą być dziś niezrozumiałe.

A tarty żółty ser pasuje rzeczywiście do wszystkiego, nieprawdaż?