Między nami po ulicy,
pojedynczo i grupkami,
snują się okularnicy ze skryptami.
I z książkami,
z notatkami,
z papierami, kompleksami.
Itp., itd.,
itp., itd.,
itd.

Uszy mają odmrożone,
nosy w szalik otulone,
spodnie mają zeszłoroczne, miny mroczne.
Taki dzieckiem się nie zajmie,
tylko myśli o Einsteinie.
Itp., itd.,
itp., itd.,
itd.

Gnieżdżą się w akademiku,
mają każdy po czajniku.
I nie dla nich dewolaje,
i Paryże, i Szanghaje.
I nie dla nich bal i ubaw,
ani Lala, ani Buba.
Itp., itd.,
itd.

Tylko czasem przy tablicy,
wiosną jakiś okularnik,
skradnie swej okularnicy

pocałunek.

Wtem okular zajdzie mgłą,
przemarznięte dłonie drżą.
Potem razem w bibliotece,
i w stołówce, i w kolejce.
Itp., itd.,
itd.

Wymęczeni, wychudzeni,
z dyplomami już w kieszeni,
odpływają pociągami,
potem żenią się z żonami.
Potem wiążą koniec z końcem
za te polskie dwa tysiące.
Itp., itd.,
itd.

Ta piosenka Agnieszki Osieckiej z muzyką Jarosława Abramowa-Newerlego, będąca liryczno-gorzkim opisem życia studenckiego  młodych intelektualistów początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, była wtedy w pełni zrozumiała dla  słuchaczy. Dziś też budzi podobne jak wówczas sentymenty i wspomnienia młodości studenckiej.

Tylko że zmieniły się niektóre realia i na przykład może nie wszyscy w dobie Internetu wiedzą, że skrypty były to wydrukowane na podłym papierze i prostą metodą podręczniki do jakiegoś przedmiotu wykładanego na wyższej uczelni, zawierające wykłady (czasem i ćwiczenia) opracowane przez wykładowcę danego przedmiotu.

No i dość zagadkowe mogą dziś być słowa:
I nie dla nich dewolaje,
i Paryże, i Szanghaje.
I nie dla nich bal i ubaw,
ani Lala, ani Buba.
Co to dewolaj (dziś pisane raczej: de volaille) to do dziś wiadomo. Widocznie potrawa ta była wówczas na tyle droga, że student nie mógł sobie na nią pozwolić (znaleziona w Internecie interpretacja, że był to symbol burżuazyjnego dobrobytu, nie wydaje mi się przekonująca). Dziś może nie być jasne, czym są tu „Paryże i Szanghaje”. Umieszczenie ich w kontekście nazwy potrawy z jednej strony, a zabaw (bal i ubaw) z drugiej, sugerowałoby, że chodzi o nazwy drogich, ekskluzywnych restauracji, na chodzenie do których studentów nie było stać. I rzeczywiście od 1957 roku w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej niedaleko Placu Konstytucji istniała restauracja „Szanghaj”, serwująca potrawy chińskie, znana i popularna w Warszawie, bynajmniej nie tania, na pewno nie na studencką kieszeń.  O restauracji „Paryż” w tamtych czasach nie słyszałem ani nie znalazłem żadnych informacji o istnieniu takowej. Może to więc była w piosence  tylko nazwa symbolizująca jakiś drogi lokal? Podobnie symboliczne są Lala i Buba – prześmiewcze imiona prawdopodobnych bywalczyń drogich lokali i uczestniczek ubawów, dziewcząt (zapewne nie studentek), z którymi studenci-okularnicy nie spotykali się, pewnie z powodów finansowych, a może i braku czasu.

Charakterystyczna jest historia zakończenia piosenki. Jak podają różne źródła (m.in. Bartosz Michalak w książce „Na zakręcie. Agnieszka Osiecka we wspomnieniach”) pierwotnie było ono inne, jeszcze bardziej demaskujące antyinteligencką politykę władz PRL-u. Słyszałem je od kogoś z redakcji muzycznej Polskiego Radia, i brzmiało ono mniej więcej tak (odtwarzam z pamięci, więc niedokładnie):

Potem w jakimś małym mieście

Żyją za te tysiąc dwieście

Itp., itd.,

Itd.

Cenzor zakwestionował tę wysokość pensji, uznając, że upowszechnianie takiej informacji jest groźne dla PRL i zażądał zmiany. Wtedy Agnieszka zastąpiła owe 1200 zł sumą dwa tysiące, dodając jeszcze (rzekomo tylko do rymu), że za tę sumę wiążą koniec z końcem, wskazując więc na mizerię takiego zarobku. Jakoś to przeszło przez cenzurę, którą raziła tylko kwota zarobków, a nie cały ich kontekst.

Gorzkopoetycka piosenkowa opowieść o studentach w siermiężnych czasach gomułkowskich, będąca – jak to określił  poeta i satyryk Andrzej Jarecki –  wyrazem „lirycznej obywatelskości”, wymaga już dziś interpretacji pewnych szczegółów w niej zawartych, bo opisuje rzeczywistość, która jest jednak odległa.