Przyjedź mamo na przysięgę

 

Przyjedź, mamo, na przysięgę,
Zaproszenie wysłał szef.
Syn ci wyrósł na potęgę,
Przyjedź, zobacz, twoja krew.
[…]
Mundur na mnie jak ulany,
Tęsknią do mnie ładne panny
I czekają, i wzdychają och i ach!
A ja mamie, proszę mamy, biję w dach.

Może będę na peronie
I przywitam mamę sam
Albo spotkasz mnie w rejonie,
Pewnie warta będzie tam.

Bo u bramy, proszę mamy,
Stoi chłopak malowany.
Jego spytaj, broń nabita, pytać strach! – hej!
Lecz on mamie, proszę mamy, bije w dach.

Służba cię na obiad prosi,
Kucharz dobrze o tym wie,
Jakich miłych przyjmie gości.
Co nam poda, to się zje.
[…]

Potem mamę cmoknę w rękę,
Poprowadzę jak panienkę,
Czy wierzyłaś, czy marzyłaś o tym w snach? – hej!
Wojsko mamie, proszę mamy, bije w dach.[…]

W tej piosence, imitującej list do matki chłopaka powołanego do wojska (czyli, mówiąc językiem oficjalnym: żołnierza poborowego), którą syn zaprasza na przysięgę wojskową, zwracają uwagę wyrazy i wyrażenia, które miały być charakterystyczne dla języka poborowych z lat 60. XX wieku, kiedy zasadnicza służba wojskowa była oczywiście obowiązkowa. Otóż zaproszenie dla mamy wysyła szef , czyli najprawdopodobniej szef kompanii, w której syn zapraszanej mamy służył. Szef kompanii, ważna figura w jednostce wojskowej, był to zazwyczaj podoficer w stopniu sierżanta, dbający o sprawy kwatermistrzowskie i administracyjne.  Chłopak przebywa w rejonie, czyli w pełnej wersji:  w rejonie zakwaterowania, to znaczy,  mówiąc w pewnym uproszczeniu, w koszarach lub terenie do nich bezpośrednio przyległym. Nb. możliwość, że będzie on witał matkę na peronie stacji kolejowej, jest chyba mało realna, gdyż – o ile pamiętam – poborowi przed przysięgą rzadko dostawali przepustki.  A przysięga to oczywiście przysięga wojskowa, składana wówczas po paru tygodniach od wcielenia do wojska.  Te trzy wyrazy (szef, rejon, przysięga) należą do słownictwa prawie oficjalnego. Prawie, bo nie zawierają pełnej nazwy. Podobnie zresztą jak określenie służba ( „Służba Cię na obiad prosi”) – skrót od wyrażenia służba garnizonowa (służba wewnętrzna),  czyli grupa żołnierzy wyznaczanych na określony czas do ochrony jednostki wojskowej, kontrolowania tego, czy żołnierze  przestrzegają dyscypliny, pomocy w zadaniach gospodarczych itp.  Nazwa ta ma więc nieco inne znaczenie niż wyraz służba w języku ogólnym.Natomiast powtarzające się w tekście piosenki określenie bić w dach to już element gwary żołnierskiej, znaczący,  potocznie mówiąc, salutować, a bardziej oficjalnie ‘oddawać honory wojskowe przez salutowanie, czyli przez dotknięcie dwoma palcami do daszka czapki w określony sposób’. Także wojsko w tej piosence to trochę coś innego niż w języku ogólnym. Biją w dach czyli salutują mamie poborowego przecież nie całe siły zbrojne, lecz – prawdopodobnie – kompania, w której chłopak służy (że o taki pododdział chodzi wskazuje to, że zaproszenie wysłał szef kompanii właśnie). W jednostkach wojskowych używano takiego określenia, kiedy chodziło o kompanię, rzadziej pluton (np. polecenie w czasie marszu: Wojsko śpiewa! odnosiło się właśnie do maszerującej kompanii).Być może nieco przestarzałe jest też określenie munduru, że leży jak ulany, to znaczy jest doskonale dopasowany, ale ono nie należy do języka wojskowego, lecz do polszczyzny ogólnej. Podobnie jest z określeniem broń nabita. W wojsku używa się innego sformułowania: broń się ładuje (jest komenda: „Ładuj”), a więc broń jest po wojskowemu załadowana, a nie „nabita”. No, ale poborowy może jeszcze tego nie wiedzieć i posłużył się sformułowaniem z języka ogólnego.

Piosenka zachwalającą służbę wojskową miała charakter propagandowy, nic więc dziwnego, że doczekała się przeróbek mniej lub bardziej dosadnych. Jedną z bardziej drastycznych była zmiana pierwszej zwrotki na:Przyjedź, mamo, na przysięgę,
Zaproszenie wysłał szef.
Granat urwał prawą rękę,
Przyjedź, zobacz, twoja krew.

 

Tak to bywa, gdy propagandowo ujmowało się sprawy istotne …